Zero tolerancji dla słodyczy

Podjadanie słodyczy, nawet w czasie diety, to problem, który dotyka bardzo wielu z nas i często powraca na różnych forach. Mam sprawdzony sposób – kategorycznie zabraniam sobie jeść słodycze, gdy jestem na diecie.

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego Anonimowi Alkoholicy zostają abstynentami, a nie uczą się rozsądnego picia? Odpowiem: tak jest po prostu łatwiej. Gdyby dopuszczali możliwość, że kiedyś jednak napiją się trochę, tak dla smaku, to szybko mogliby wrócić do nałogu. I chociaż porównywanie alkoholika do osoby podjadającej słodycze może niektórym wydać się zbyt mocne (i z góry przepraszam, jeżeli ktoś poczuł się urażony), to wydaje mi się, że mechanizm działania w obu przypadkach jest trochę podobny.

Jeżeli chodzi o jedzenie, nie możemy postanowić, że już nigdy nie zjemy niczego – w sumie możemy, ale raczej na dość krótko :). Nigdy nie wstaniemy, by powiedzieć z dumą „Od pięciu lat nie jem”. Jednak takie podejście – zera tolerancji – może sprawdzić się w przypadku słodyczy w czasie trwania diety.

Zrobię tutaj od razu dygresję – moim zdaniem, każda dieta powinna mieć jasno określony koniec. Zawsze można do niej wrócić po „chwili wytchnienia”.

Zauważyłam po sobie, że gdy idziemy do znajomych i na stole są chipsy, to tak długo, jak dopuszczam możliwość, że „zjem trochę”, po prostu nie mogę przestać o nich myśleć. Potrafię przez pół godziny zastanawiać się, ile to jest trochę – garść? 3 sztuki? Może 4? A jak wezmę małego chipsa to liczy się za jednego czy za pół? Jednak jak tylko powiem sobie, że chipsy są nie dla mnie i że nie mogę ich jeść (i tak samo w przypadku słodyczy), to myśl o nich nagle mnie opuszcza i mogę już siedzieć spokojnie.

Jeżeli więc, podobnie jak ja, borykacie się z ciągłą chęcią na słodycze (lub inne „niedozwolone” przekąski) na czas diety wyeliminujcie je ze swojego życia. Bez wyjątków i dopuszczania możliwości, że gdzieś się potkniecie. Nie róbcie tego. Nikt słodyczy do gardła wam nie wtłacza. Sami decydujecie o tym, co jecie. Bez żadnego „ale”. I uwierzcie mi, to naprawdę działa.

cukierki

Słodycze po diecie

Po kilku miesiącach odchudzania się ochota na słodycze nie przeszła mi. Jednak coś się zmieniło. Nie jestem w stanie zjeść całego deseru w kawiarni – zazwyczaj zjadamy go z mężem na pół. Minęły miesiące odkąd jadłam batonika i jakoś szczególnie mi nie żal. Wolę własnoręcznie robione ciasto marchewkowe.

Większość słodyczy stała się dla mnie zbyt słodka, mdląca, czasem wręcz nieznośna. Stosuję zasadę trzech złamań diety w ciągu weekendu (więcej na ten temat tutaj) i stałam się bardziej wybredna – w dobrym tego słowa znaczeniu. Rozkoszuję się smakiem, a nie jem, bo słodycze akurat są pod ręką i łatwiej po nie sięgnąć, niż iść do kuchni po jabłko. Nie nagradzam się słodyczami, nie poprawiam w ten sposób humoru. I żyję .

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s